Twój kot (pies) nie kupowałby w sklepie


(Fot. 123RF)

Psy żyją przy nas już tak długo, że tak jak ludzie mogą przeżyć bez mięsa.

Koty natomiast – nie

Karma z kurczakiem" zawiera 4 proc. ptaka zmielonego łącznie z piórami i pazurami. Co kryje się w pozostałych 96 proc.? Zmiotki z młyna - ale może być i kożuch ze ścieków w rzeźni.

- Jaką karmę wybrać? - pytam.
- To najczęściej stawiane mi pytanie - odpowiada Małgorzata Olejnik, doradca żywieniowy. Od lat prowadzi sklep z karmami we Wrocławiu i hodowlę psów. Opowiada, że na polskim rynku jest 300 rodzajów karm.


Bajka o czterech procentach


Producenci muszą podać na opakowaniu skład. Sęk w tym, że informacją tą można manipulować. Od rzeźnika do kulek w worku długa droga. Składniki są odwadniane, rozdrabniane, mieszane i przerabiane na mączki, dzięki czemu można uformować kuleczki czy trójkąty. Na samym końcu ziarenka są natłuszczane i nasączane aromatami. Dlatego trzeba uważać, gdy listę składników otwiera „świeże mięso”. Klienci są zachwyceni, bo kto by nie chciał karmić kota czy psa indykiem czy jagnięciną? Zgadza się. Wagowo tego składnika przy produkcji użyto najwięcej. Ale po obróbce "świeżego mięsa" zostaje 25 proc.

Inne niuanse? Olejnik zwraca uwagę, że „mączka z mięsa kurczaka” a „mączka z kurczaka" to dwa różne światy. Pierwsza pochodzi z przemiału ptasiego mięsa, druga - ze zmielenia kurczaków łącznie z piórami i pazurami. To, choć brzmi strasznie, dla zwierząt jest akceptowalne. Pióra i pazury to też źródło białka pochodzenia zwierzęcego. - Problem w tym, że białko pochodzące z mięśni prążkowanych, czyli tego, co generalnie nazywamy mięsem, przyswajane jest przez psy i koty w mniej więcej 90 proc. Białko z piór i pazurów - w 30 proc. - tłumaczy Olejnik.


Dr hab. Michał Jank z Zakładu Dietetyki Wydziału Medycyny Weterynaryjnej SGGW przygotował dla portalu Psy.pl „Słownik karm". I tak na przykład informacja o „bogatej zawartości wołowiny" oznacza, że w karmie powinno być jej minimum 10 proc. „Z wołowiną" oznacza minimum 4 proc. zawartości wołowiny w suchej masie „O smaku wołowiny" - poniżej 4 proc.


„Bajka o czterech procentach" to jedna z ulubionych Agnieszki Dejki, ekonomistki mieszkającej w Niemczech. Dejka zajmuje się szerzeniem wiedzy o metodzie BARF, czyli karmieniu „biologicznie odpowiednim surowym pożywieniem", które zdobywa coraz więcej zwolenników wśród psiarzy i kociarzy. Agnieszka tropi też wpadki producentów.


- Na wielu karmach, przede wszystkim mokrych, spotykamy taki napis: „Mięso i produkty uboczne, minimum 4 proc. kurczaka". Taki zapis oznacza, że z całego mięsa i produktów ubocznych, czyli odpadów razem wziętych, jedynie 4 proc. stanowi kurczak, a dokładniej - produkty pochodzące z kurczaka. To daje śladowe ilości mięsa, jednak pozwala producentom na zamieszczenie napisu „karma z kurczakiem".

Dlaczego kot nie je zboża?

Co jest w pozostałych 96 proc. masy? Zboża, groch, fasola, ciecierzyca - zamieciny z młyna. Produkty roślinne są nieuniknione, bo tylko gluten i cukry pozwalają formować psie i kocie ciasteczka. Psom to nie przeszkadza. Można o nich powiedzieć, że są nawet trochę wege. Za to koty już nie.

Dlaczego? Bo pies towarzyszy człowiekowi od setek tysięcy lat i od zawsze podjadał resztki z pańskiego stołu, którymi często były rośliny. - Udomowił się także pod względem pokarmowym i nabył zdolność trawienia pokarmów pochodzenia roślinnego - tłumaczy Michał Jank.

Koty towarzyszą nam krócej - dlatego pozostały mięsożercami, a do życia potrzeba im kilku składników, które nie występują w roślinach - m.in. tauryny, czyli aminokwasu, którego źródłem są drobne gryzonie. U kotów pozbawionych tauryny dochodzi do poważnych chorób serca i uszkodzenia mózgu.

- Koty są w stanie strawić białko pochodzenia roślinnego, ale nie są w stanie przerobić go na potrzebną do życia glukozę - mówi Jank.

Resztki z pańskiej rzeźni

Producenci, chcąc ukryć skład roślinny, rozbijają go na kilka podproduktów. Zamiast pisać o dużej procentowej zawartości kukurydzy, wymieniają w składzie kukurydzę, mączkę kukurydzianą, mielone ziarna kukurydzy i kukurydzę gotowaną.

Albo soja. Pełno jej w karmach pod różnymi postaciami, najczęściej w „mięsnych kawałkach", które tworzone są z soi i wody ze śladową ilością mięsa.

A co ze „skrobiowymi kosteczkami", przysmakiem dla psów, który zawiera „skrobię z dodatkiem produktu pochodzenia zwierzęcego"?

Autor przetłumaczonej niedawno na polski „Czarnej księgi karmy dla zwierząt", dr Hans Ulrich-Grimm, przekonuje, że w takim „produkcie" może się znaleźć wszystko, nawet kożuch ze ścieków po produkcji mięsa dla ludzi.

- Surowce wykorzystywane do produkcji karm pozwalają na zagospodarowanie tego, co w innych sytuacjach trzeba by było zutylizować. Taki sposób żywienia jest powszechnie znany z przeszłości, kiedy standardem było podawanie zwierzętom tzw. resztek ze stołu - uspokaja Jank. - Karmy nie zabijają. Wszystkie dostępne na rynku są zgodne z obowiązującymi normami żywienia, tyle że bardzo się między sobą różnią. Różnica jest taka, jak między małym fiatem a mercedesem - przemieszczać możemy się i tym, i tym.


Lepsze to niż kasza

Rynek karm w Polsce sięga 2 mld zł rocznie. Producenci mają więc o co się bić. I próbują różnych metod.

Olejnik: - Na własne oczy widzę, jak to działa. Za promowanie konkretnej karmy nie dostaje się już kalendarza czy długopisu, ale sprzęt do wyposażenia lecznicy albo komplet porządnych mebli ogrodowych. Na studiach weterynaryjnych zajęć z dietetyki i zasad żywienia jest niewiele. Studenci mogą się dokształcić na kursach organizowanych przez największych graczy - koncerny Mars i Nestlé. Dla nich to doskonała okazja, by przeciągnąć przyszłych lekarzy i hodowców na swoją stronę.

Jank: - Tam, gdzie jest konkurencja i możliwość zarobienia dużych pieniędzy, są także chęci pójścia na skróty. W produkcji karm dla zwierząt zdarzają się różnego rodzaju afery, tak samo jak w przypadku produkcji żywności dla ludzi. Ale przecież nie można tego przekładać na całą branżę. Każda kaloria z suchej karmy jest średnio trzy razy tańsza niż ze świeżego mięsa. Czy właściciele psów i kotów byliby w stanie zapłacić od jutra trzy razy więcej za jedzenie dla swoich podopiecznych?

Dejka: - Nie jestem przeciwniczką przemysłowych karm z definicji. Do gabinetów weterynaryjnych trafiają też zwierzaki żywione „naturalnie", ale koszmarnie. Ludzie podają im na przykład suchy chleb albo kaszę z kośćmi. Nawet najgorsza gotowa karma będzie lepiej zbilansowana niż kasza.

Źródło: http://wyborcza.pl/1,87648,17192819,Twoj_kot_nie_kupowalby_w_sklepie.html#ixzz3NSaqL77Y