fot. Maciej Więcławski

 

Barwnie o BARF-ie

    Nie będę karmić BARF-em, bo z tym dużo roboty i bałaganu – myśli wielu właścicieli psów. Trochę w tym prawdy, ale nie do końca. Wszystko jest kwestią organizacji. A włożony wysiłek może przynieść korzyści twojemu psu i twojej kieszeni.

Czwartek, godzina 9 – świetny czas, by zacząć polowanie. Hala Mirowska w Warszawie to jedno z najlepszych miejsc, w których można zdobyć smakowite kąski. Szukam kości i ogonów wołowych oraz cielęcych, kurzych łapek, serc indyczych, a także nieco mniej typowych smakołyków – kaczych korpusów i gęsich szyi. Po udanym polowaniu, z siatkami pełnymi kilogramów świeżych kości i mięsa, wracam do domu, gdzie z radością wita mnie ich konsument – Dino.

Dino ma dwa lata i osiem miesięcy, jest dużym, rudym psem w typie labradora. Gdy trafił do mnie jako półroczny szczeniak, cały był obsypany białymi łuskami. Okazało się, że to alergia, nie wiadomo było tylko na co. Lekarka weterynarii poleciła podawanie specjalnej suchej karmy – niestety łupież wciąż się sypał z mojego psa, i to w dużych ilościach. Jeszcze jedna zmiana pokarmu na przeznaczony dla psów wrażliwych, też nic nie dała. Wtedy postanowiłam poszukać alternatywy.

Przeglądając fora internetowe, natrafiłam na tajemniczo brzmiący temat BARF. Okazało się, że skrót oznacza Biologically Appropriate Raw Food, czyli biologicznie właściwe surowe pożywienie (lub Bones And Raw Food – kości i surowe pożywienie). Wyczytałam, że w ramach tej diety podaje się surowe kości i mięso, mielone warzywa i owoce oraz nabiał. W świecie zbilansowanych karm wydało mi się to dziwne, zaś – z punktu widzenia psa – bardzo atrakcyjne, a kupowanie różnych produktów, ważenie, dzielenie – czasochłonne. Mimo to zdobywałam o BARF-ie coraz więcej informacji. Trafiłam na opinie opiekunów, którzy zmagali się z alergią u swoich czworonogów. Pisali, że prawie zawsze jej objawy znikały już po kilku tygodniach stosowania tej diety. Przez dwa miesiące zgłębiałam anglojęzyczne fora – chciałam wiedzieć naprawdę wszystko. Chciałam też zacząć karmienie BARF-em, gdy Dino będzie prawie dorosły – wolałam nie praktykować na szczeniaku.

W końcu pierwszy raz podałam Dinkowi korpus kurczaka. Przestawienie go z karmy na surowe jedzenie odbyło się błyskawicznie – jeszcze dzień wcześniej jadł po południu odmierzoną porcję granulek, a już rano dostał nowe danie. Przez pierwsze kilka dni podawałam jedynie miękkie kości, czyli kurczaka, indyka i kaczkę (korpusy, szyje, łapki, nóżki). Gdy okazało się, że z trawieniem nie ma problemów, wprowadzałam kolejne składniki diety – warzywa i owoce (mieliłam je i pakowałam do 200-gramowych pudełek po paście rybnej), olej (z pestek winogron lub lniany), nabiał (jogurt naturalny, ser biały, kefir, jaja, ryby). W końcu przyszła kolej na tzw. twarde kości: wołowinę i cielęcinę. Wieprzowiny Dino nie je, bo dostaje po niej łupieżu.

Przy okazji wyszło na jaw, że nie umie gryźć. Dotąd przez 10 miesięcy swego życia Dinek jadł kulki karmy bardzo szybko, właściwie je połykał. Gdy zaczął tak samo postępować z kośćmi, krztusił się i wymiotował. Podczas każdego posiłku trzymałam więc kość w swojej dłoni, dając mu do gryzienia jedynie mały fragment. I tak, kawałek po kawałku, Dino uczył się jeść ogony i korpusy. Dziś robi to najwolniej, jak tylko się da, dokładnie przeżuwając każdy kęs.

W BARF-ie dieta bilansuje się w ciągu tygodnia, więc musiałam to dobrze rozplanować. Mój pies waży 38 kg. Ponieważ powinien dostawać każdego dnia porcję odpowiadającą 2-3% masy ciała, a ma tendencję do tycia (jest wykastrowany), postanowiłam trzymać się tej dolnej granicy i wyliczyłam, że odpowiednia porcja to 800 g. Ogólny jadłospis (patrz: ramka) powiesiłam na lodówce i trzymam się go do dziś, choć już nie ważę dokładnie porcji.
I tak – poniedziałek to dzień miękkich kości, czyli rano podaję na przykład 400 g korpusu kurczaka, a wieczorem tyle samo szyi indyczej. We wtorek rano jest kość wołowa lub cielęca, wieczorem – 200 g kości twardych i 200 g jogurtu lub białego sera, a także jajko. W środę menu Dina jest takie samo jak w poniedziałek. Czwartek to dzień warzywny – na śniadanie i na kolację mój pies dostaje po 200 g zmielonych warzyw (tzw. papki warzywnej) i podrobów (drobiowych, cielęcych czy wołowych). Do porannej porcji dolewam trochę oleju, a do wieczornej dosypuję zmielone algi (duże pudełko kupione w sklepie zoologicznym wystarcza prawie na rok). W piątek rano Dino je twardą kość, a po południu mieszankę wołowo-drobiową (kupuję gotowe, mielone kostki mięsne). W sobotę rano to samo, co w piątek o tej porze, a wieczorem ulubione danie mojego psa, czyli ryba – zazwyczaj jest to głowa łososia lub wyciągnięte spod lady w supermarkecie inne ścinki rybne, które sklepy zwykle wyrzucają albo sprzedają po kilka złotych za kilogram. Niedzielne menu różni się od czwartkowego tylko łyżką miodu. To urozmaicony jadłospis, a w BARF-ie ważne jest, aby przez kilka posiłków z rzędu nie podawać tego samego, zwłaszcza gdy są to kości twarde, bo utrudniałoby to trawienie.

Na BARF potrzeba więcej czasu niż na nasypanie suchej karmy do miski. Co drugą sobotę jeżdżę na bazar i kupuję warzywa i owoce, które mielę, pakuję do pudełek i zamrażam. Po mięsne zakupy udaję się rzadziej – co trzy lub cztery tygodnie. Po powrocie do domu kroję wszystko na odpowiednie kawałki, wkładam do plastikowych torebek i zamrażam. Podając kolację, trzeba tylko pamiętać, by wyjąć do rozmrożenia porcję na śniadanie, a rano wyciągnąć to, co pies będzie jadł wieczorem. W sumie wszystkie te operacje zajmują mi cztery godziny w miesiącu.
Ci, którzy nie mają domu z ogrodem, mogą mieć problem z brakiem miejsca, w którym pies jadłby surowe, krwiste kawałki. Zimą zazwyczaj Dino je w garażu. Ale spędziłam z nim kiedyś pewien czas u koleżanki w mieszkaniu w bloku i okazało się, że balkon doskonale spełnił rolę stołówki.

Zalet karmienia BARF-em widzę wiele. Zniknęły wszelkie uczulenia i nie ma żadnych problemów zdrowotnych, co pokazują też badania krwi, które robię mojemu psu co roku. Dinuś ma zdrowe, mocne, białe zęby, bez śladów kamienia. Nie bez znaczenia jest też to, ile wydaję na takie menu – dziennie kosztuje ono mniej więcej 3,50 zł, czyli miesięcznie około 110 zł. Za taką kwotę nie mogłabym wyżywić tak dużego psa wysokiej jakości gotową karmą. Cieszy mnie również to, że samo gryzienie jest dla Dina ogromną atrakcją i zajęciem czasem na godziny. Gdy ma już dość, zakopuje kość w ogrodzie, by następnego dnia ją odnaleźć i dalej gryźć.

Aleksandra Chmielarz

Źródło:Mój Pies 8/2011